opublikowany: 2026-09-15
Gdy kilka lat temu pojawił się pomysł na spędzenie zimy w cieplejszym kraju, padło na Teneryfę. Głównie z powodów logistycznych. Piszę o tym trochę więcej w tekście o trasach rowerowych na teneryfie. Kilka późniejszych wyjazdów również kończyłem na wyspie z 40km podjazdem na Teide. Aż do roku 2025 kiedy to WizzAir odpalił połączenie z Wrocławia z Gran Canarią, a ceny biletów przeważyły ciekawość. Może być, że znasz opinię o tym, iż Gran Canaria jest nudniejsza, ma kilka dróg na krzyż, a podjazdy są niezbyt strome. I po części jest to prawda, ale pierwsza 60km pętla zrobiła na mnie takie wrażenie wizualne, że już chyba wówczas padła decyzja "następnym razem także tu".
Teneryfa to zdecydowanie kolarska destynacja i z roku na rok czuć było rosnącą na tej wyspie turystykę. W ostatnim roku odwiedziło ją blisko 8 milionów turystów, podczas gdy na Gran Canarię trafiło ich ~4.7 miliona. Widać to na każdym kroku. I jest to plus.
Pod kątem rowerowym są to dwa różne światy. Kompletnie różne. Na Teneryfie w zasadzie nie ma możliwości, by mieszkać przy wodzie i zrobić pętlę 50km z przewyższeniem mniejszym niż 600-800m. Bezpieczniej jednak powiedzieć, że należy brać w kalkulacjach raczej minimum 1000m w górę. No chyba, że jedziesz kilka kilometrów do Lidla, wówczas jest szansa, że podjazd się zamknie w 200-300 metrach.
Gran Canaria pod tym względem jest zdecydowanie bardziej dostępna. Z miejsca, w którym funkcjonowaliśmy przez prawie 3 miesiące można było zrobić trasę do Taurito + powrót, co dawało 120km i niecały 1000m w górę. Przewyższenie brało się jednak z wielu krótkich podjazdów, a przy okazji całą drogę można było podziwiać ocean, gdyż GC500 biegnie tuż przy nim.
Mówiąc krótko – może i Gran Canaria jest mniej stroma, ale droga na Pico de Las Nieves to nadal okolice 40km i 2000m w górę. Jest gdzie się solidnie zmęczyć i dobrze pozjeżdżać.
Kolejny punkt to jakość asfaltów. W mojej opinii na Gran Canarii jest z tym o wiele lepiej. Jasne, są drogi, którymi lepiej się wspinać niż zjeżdżać [link do trasy], ale w większości dywany są naprawdę dobrej jakości i można lecieć z góry fullgas bez obaw, że coś się wydarzy.
Ale skoro już o asfaltach mowa – Gran Canaria to kaniony, wjazdy w głąb wyspy i całkowicie dostępna rowerowo północ. Mam tu na myśli fakt, że i na północy można pojeździć bez stromego podjeżdżania i zaplanować przyjemne wszechzielone 100km. Teneryfa pod tym względem wygląda zupełnie inaczej i tam zawsze musi być mocno pod górę. na Gran Can nie ma Anagi. Szkoda. Ale jest park Tabaiba. Jedziemy!
To zależy, ale najlepiej na południu. Jedni wolą kurortowe miasta pełne hoteli, inni (jak ja) raczej te lokalne – bez Mayfriendów Goodprice'ów zachęcających do zanabycia wszystkiego co na rower jest zupełnie niepotrzebne.
Niemniej – jeśli to zimowy wyjazd rowerowy, wybierasz coś na południu wyspy, bo tak jest łatwiej.
Tam się jeździ. Wszyscy tak robią. Dowód społeczny. Kropka.
Argumenty? Na północy pada dużo częściej. Jest tam pięknie, zielono i są super drogi, ale lepiej się wybrać autobusem/samochodem gdy będzie pogoda, niż przeżyć wakacje w chmurach i deszczu. Znam takich śmiałków, którzy chcieli się wyłamać. Przyjeżdżali samochodem każdego dnia na południe.
Skoro już wiesz, gdzie mniej więcej szukać na mapie to teraz znajdź Taurito (Puerto de Mogan już niekoniecznie) i Maspalomas / San Agustin. Pomiędzy tymi punktami jest w zasadzie pewna pogoda. Full lampa i raczej brak opadów. Dlaczego nie Puerto de Mogan? Z racji zamkniętej lokalnej drogi biegnącej po klifie dojazd jest możliwy wyłącznie autostradą GC1 (czyli absolutnie nie na rowerze!) lub taksówką wodną z/do Puerto Rico. Fajne jako atrakcja, ale niekoniecznie jako częsty początek lub koniec drogi. Oczywiście możesz każdego dnia zaczynać od wspinaczki na Serenity, ale wtedy wrócić trzeba będzie przez Sorię. Nie chcesz.
My spaliśmy w Arinaga, niedaleko Vecindario. Niby tylko 25km od Maspalomas, ale padało częściej (choć raczej krótko), bywało chłodniej i częściej oglądaliśmy chmury niż w typowo południowych kurortach. No i oczywiście – wiatr. Od San Agustin w stronę Mogan z reguły wiało zdecydowanie mniej. To oczywiście nie jest 100% regułą, ale najczęściej jednak wieje od północy. Sprawdzisz to na windy jednym rzutem oka. Prognoza na 2-3 dni do przodu sprawdza się w zasadzie stuprocentowo. Oceniasz wiatr i wiesz gdzie jechać. Proste jak jechanie.
Ze swojej strony dodam, że jadąc z Maspalomas wiatr zaczynałem odczuwać w okolicach Bahia Feliz, czyli tam gdzie droga/brzeg zaczynają skręcać ku północy.
Miasteczek położonych wyżej także nie polecam, chyba, że nie przeszkadzają Ci chłodne poranki, chłodne wieczory i jeszcze więcej chmur i mżawek. Obrazowo – spędziliśmy miesiąc w San Miguel de Abona na Teneryfie (500m n.p.m.) i było fajnie, ale zdecydowanie lepiej było na dole. Śniadanie na tarasie zjedliśmy raz, po zachodzie słońca bluzy były koniecznością, a praktycznie każdego ranka patrzyliśmy w stronę tonącej w słońcu plaży...będąc tuż pod chmurami i oczywiście bez słońca. Podobne wrażenia miała znajoma, która spędziła 10 dni w grankanaryjskim Teror. Ładne miasteczko, ale codzienny start rowerowania w mżawce to niekoniecznie jest motywujące rozwiązanie na zimowe wakacje.
Skoro już śpisz na południu...
Wszyscy śpią na południu! To tutaj żyje kolarstwo, które swoją drogą jest odczuwalne (i to nie tylko moja opinia) dużo bardziej niż na Teneryfie. Jeśli jedziesz na kilka/naście dni to musisz zaliczyć żelazne standardy. Nie są one nimi tylko dlatego, że to jedyne drogi na południu, ale również dlatego, że widoki mają max rating w kategorii okurwistycznej. Znaczy, mówiąc ładniej, że ładnie jest.
Powiem Ci co warto zobaczyć. Z tą wiedzą zbudowanie własnej pętli o odpowiedniej długości jest dużo łatwiejsze. Powiedzmy. W razie czego spytasz.
Zaczynamy więc od Serenity. Start tego podjazdu zaczyna się na skrzyżowaniu dróg GC200 i GC605. To wijąca się droga z szerokimi widokami na malowniczy wąwóz. Niezbyt stromo. Całkiem długo. Dokładniej jakieś 9.5km (od skrzyżowania) i 650m w górę. Po drodze będzie wiele postojów na rdzennie polskie "ojej, jak tu malowniczo". Mówią, że to Stelvio kanarów i jest to porównanie całkiem trafne. Tu wejdę na moment w tryb dygresji, gdyż zanim zaatakujemy Serenity zjeżdżając z drogi GC200 na GC605, można rozważyć wycieczkę kawałek dalej GC200 do Los Azulejos de Veneguera. Co to jest? Skałki takie zielone. Ładne. Zielone.
Gdyby pojechać dalej GC200 wylądujemy w La Aldea de San Nicolas skąd skręcając na GC210...no właśnie, to jest pewien problem z Gran Canarią – zamknięte drogi i zamknięte pętle. Przecież mieliśmy jechać na Serenity!
Kolejna dygresja – GC200 prowadzi do Agaete piękną drogą po zboczu, ale droga ta jest zamknięta za punktem widokowym...który także warto odwiedzić. Jadąc wspomnianą GC210 możemy pojechać do Artenary lub na kultowy Valley of the Tears, ale wówczas omijamy Serenity, a na VoTT możemy przyjechać od Artenary robiąc loopa. Rozumiesz? Jeśli nie to czytaj dalej.
Zatem Serenity i GC605. Gdy już pokonasz 9.5km podjazd pojawia się pewien problem. Obecnie (wrzesień 2026) nadal zamknięta jest droga GC605 od Presa de Las Ninas do Ayacaty. Niby tylko "w godzinach pracy", niby "w weekendy da się przejechać"...ale czasem pracują do późniejszych godzin, czasem coś się dzieje w weekendy, a do tego lubi tam stać Guardia Civil. Wówczas nie ma dyskusji – zawrotka. Been there, done that, mam 2 szyszki i kamyk.
Jednak kawałek za Mirador El Mulato, na szczycie podjazdu jest odbicie do drugiego wąwozu – Soria. Łącznik to niecodziennej jakości asfalt, a raczej dziury połączone jego strzępami. Da się to przejechać na szosie, ale najlepiej nie na swojej. A tak już poważnie – powoli do celu i wszystko będzie ok. Nie jest tak źle, by trzeba było schodzić z roweru, ale kilka minut trzeba pocierpieć klucząc i omijając różne przeszkody.
A zatem Soria. Droga warta zjazdu i podjazdu. Na dole zaczyna się w okolicy Arguineguin na skrzyżowaniu gdzie GC505 odbija od GC500. I to właśnie GC505 jest celem podróży gdyż kończy się, jak się pewnie spodziewasz – przy tamie Presa de Soria. Punkt obowiązkowy wycieczki to Casa Fernando i szklanka soku z mango. Świetny jest to kawałek do treningów co potwierdza sporo napotkanych po drodze prosów. Był to także lekko deprymujący aspekt podróży w górę gdyż szwajcarska ekipa Thomus miała najwyraźniej w planie krótkie interwały. Wyprzedzali nas pod górę ze sporą różnicą prędkości, zawracali by odpocząć i za chwilę znów wyprzedzali, by zawrócić i po chwili...po chwili na szczęście dojechaliśmy na górę i został zamówiony sok w Casa Fernando. Masz już wbitą szpilkę na mapie?
Z tego miejsca można albo wrócić, albo podjechać wspomnianym wcześniej nibyasfaltem na Mirador El Mulato i zjechać Serenity w dół.
Następny wąwóz to Ayagaures. Przeczytaj nazwę tego miasta kilka razy. To nie jest Ayaguares. Też tak mówiłem, ale jadąc któryś raz z rzędu przeczytałem tablicę z nazwą miasta. Uznałem, że się pomylili...ale wyszło na to, że jednak było poprawnie. Zatem Ayagaures.
Można tu zrobić fajnego loopa i warto go zrobić w obie strony. Jeśli jednak masz czas tylko na jedną z opcji to polecę Maspalomas > Ayagaures > Monte Leon > Maspalomas. Tak jest prawilnie. Tak się to robi. Tak jeżdżą na Gran Fondo. Po co komplikować? Sam podjazd do miasteczka (zauważysz gdzie się zaczyna) to albo niecałe 2 minuty fullgas, albo nie nerwowo i na spokojnie. Nikt tego nie sprawdza. Na górze można się zatrzymać na kawkę, ale można także polecieć od razu na górę w kierunku Monte Leon i nacieszyć się widokami na punkcie widokowym. Jest krzesło.
Jeśli startujesz z Maspalomas to będzie krótki loop także polecam raczej na regeday albo dopełnienie innej trasy.
Kierunek Fataga. To tu zaczynają się nieskrępowane możliwości.
Startując z Maspalomas lecisz przez Artearę do Fatagi zatrzymując się na Mirador Astronomico. Piękny widok na Grand Canyon. Stajesz i patrzysz. KOMy poczekają. Artearę pominiesz, bo to malutka wioska, do tego nie przy samej drodze. W Fatadze napijesz się kawy czy innego kokakola, bo zaraz się zacznie bardzo malowniczy podjazd do San Bartolome de Tirajana. Tutaj jedziesz, patrzysz i podziwiasz.
Co dalej? Niby można wrócić tą samą drogą, ale jednak polecam dojechać do San Bartolome i jeśli wracamy na południe to obowiązkowo przez Santa Lucię do Vecindario lub Aguimes. Zjazd przez La Fortaleza to jest absolutne wizualne ojej. Pojedziesz – zrozumiesz. To tam redefiniowałem w głowie wrażenie przestrzeni.
Ważny punkt – NIE skręcaj w Santa Lucia na Temisas. To jedna z tych dróg, które lepiej jechać pod górę ze względu na nawierzchnię. Wszyscy tak robią i w tym przypadku nie warto się z tego akurat trendu wyłamywać.
Z San Bartolome można także pojechać do Ayacaty, a stamtąd prosto na Pico de Las Nieves lub nieprosto przez Tejedę. Ale z Tejedy można też pojechać do Artenary i tam zjechać do skrzyżowania GC210/GC606, które to jest startem do jednego z największych wpierdolingów na wyspie, czyli kultowego Valley of the Tears. Nazwa nie jest przypadkowa. Jest jednakże kolejny problem, który warto monitorować. GC606 jest także w remoncie, choć ten powinien się skończyć we wrześniu 2026. Jeśli się nie skończy to nadal będzie. I proszę jak błyskotliwie. Niby o rowerach, a filozoficznie. Co do remontu – tutaj czasem puszczają rowery w trakcie pracy robotników, po godzinach (8-16) jest raczej otwarte i słyszałem, że w weekendy także można tam cierpieć bez przeszkód. Ja się odbiłem dwa razy od stanowczego guardia civila i musiałem wrócić skąd przybyłem.
Zapisz sobie jednak, że warto pojechać Ayacata > Tejeda > Artenara > VoTT > Ayacata.
Jeśli nie będzie ochoty na duże cierpienie, to można także polecieć Ayacata > Tejeda > Pico de las Nieves > Ayacata. Warto zrobić taki loop w jedną lub drugą stronę, widoki są spektakolarskie. Szczególnie w okolicy Tejedy, gdy na horyzoncie majaczy Teneryfa i Teide a na pierwszym planie rozpościera się Casa Forestal de Pajonales i Parque Tamadaba. Nie wiem ile razy się tam zatrzymałem. Ze dwa na pewno.
Warto także odwiedzić Aguimes i baranka Guayadeque ze świetną miejscówką na kawkę, ciasto/naleśniki i widokiem na cały wąwóz. Gdy dojedziesz do końca kierujesz się do La Era i siadasz przy stoliku na tarasie. Nie ma za co.
Wąwóz warto odwiedzić możliwie wcześnie z racji jego orientacji i wpadającego słońca. Pierwszy raz, gdy jechałem w pochmurny i wietrzny dzień miejsce nie zrobiło na mnie wrażenia. Jedziesz pod górę, licznik pokazuje 10% podjazd, ale kompletnie nie widać tego nachylenia. Po obu stronach jakieś drzewa i góry. Na końcu góry. Jedziesz tak 10km i wielce mi wonwus. Jednak gdy drugi raz byłem wraz ze słońcem to sprawa wyglądała przynajmniej pod kątem widoków i faktur malowanych na zboczach zupełnie inaczej. Nadal było to jednak 9km podjazdu o średnim nachyleniu 8% i dojmującej, dwucyfrowej końcówce.
Skręt w Aguimes do wąwozu jest nieoczywisty i w zasadzie na zakręcie głównej drogi. Z uwagą!
Wszyscy normalni jeżdżą na Pico de Las Nieves przez Ayacatę, ale można się tam dostać także przez Ingenio i Cazadores. O ile odcinek Ingenio > La Pasadilla jest ot po prostu kolejnym zwykłym podjazdem, o tyle La Pasadilla > Cazadores wrzuca nam pod koła momenty o nachyleniu 20% a odpocząć daje na fragmentach o procentach piętnastu, czyli nie za bardzo daje odpocząć. Nie bez powodu trasa na Pico (z Arinagi skąd startowaliśmy) przez Cazadores ma 35km, a przez Ayacatę 55km. Matematykę pozostawiam Tobie. Jest to też powód dla którego na odcinku Ingenio – Pico spotykaliśmy raczej kolarzy jadących w dół. Droga dla koneserów. Co mogę dodać od siebie – konesera zapierdalania – w dół się leci jak trzeba. Wpadło mi tam nawet TOP10 na Stravie. Pochwalę się, a co.
Pico warto odwiedzić przynajmniej raz. Idealnie jeśli nie trafisz w chmury. Bardzo przyjemnie jeśli trafisz nad chmury. Widok z góry w takiej opcji jest także spektakolarski mimo faktu, że przejazd przez chmury na niższych partiach jest z reguły wilgotny i zimny. Warto przecierpieć i cieszyć się błękitnym niebem na wysokości prawie 2000m. Na górze powinien być drink truck. Jak nie będzie, to znaczy, że nie ma.
Dojechać na Pico można na kilka sposobów. Od najbardziej oczywistych czyli Fataga > San Bartolome > Ayacata > Pico przez wszelkie krążenia Ayacata > Tejeda > Cruz de Tejeda > Pico, czy też wspomniane już, całkiem dojmujące Ingenio > Cazadores > Pico. W opcjach dłuższych można także podjechać przez Vega de San Mateo i stamtąd GC15 w stronę Cruz de Tejeda skąd albo odbijesz w GC600 i polecisz na szczyt, albo dojedziesz do Cruz de Tejeda i także polecisz na szczyt.
Zabierz ciuchy. Będzie chłodno. Niżej piszę o tym więcej, także doczytaj.
Z Maspalomas można się także wybrać na pętlę Aguimes > Telde > Vega de San Mateo > Tejeda > Ayacata > Fataga. To loop około 120km/3000UP prowadzący dookoła Pico de Las Nieves, tym razem bez ataku szczytowego.
Jeśli masz możliwość i będzie pogoda warto się wybrać gdzieś w okolice Arucas (wspaniała bazylika, robi wrażenie o zachodzie i wieczorem) oraz odwiedzić Firgas, Moya, Teror czy Agaete. Północ jest pięknie zielona i warto tam poszaleć jeśli tylko jest czas i możliwości.
Jeśli miałbym ułożyć kawałki dróg pod kątem współczynnika spektakolarskości, wyglądałoby to mniej więcej tak:
Na tej bazie można ułożyć kilka wspaniałych tras. Gdy kilka dróg zostanie otwartych (a powinno jeszcze w 2026), łączenie wspomnianych mikroloopów będzie łatwiejsze.
Wspominałem także, że można odbyć na Gran Canarii w miarę płaskie wycieczki.
GC500 z Maspalomas do Taurito i powrót to ~60km/600UP. Dla mnie z Arinagi było to ~100km/800UP. Przewyższenia biorą się z wielu zmarszczek, a nie jakiegoś konkretnego podjazdu także jest to raczej luźna jazda i choć prowadzi główną drogą GC500 to nie jest ona szczególnie ruchliwa z racji przebiegającej nieopodal autostrady GC1. Największy ruch jest odczuwalny w Arguineguin i Maspalomas oraz okolicy Playa Amadores. Od Amadores do Taurito ruch jest praktycznie zerowy.
W drugą stronę GC500 także jest w miarę płasko i można się udać z Maspalomas przez Aguimes do Telde.
Czy warto? Raczej przy okazji innych pętli. Nie jest to tak malownicza droga jak TF28 na Teneryfie.
A dlaczego nie było ani słowa o Las Palmas? Bo wjeżdżanie do stolicy na rowerze to nie jest coś co musisz koniecznie zrobić.
Warto połazić, ale niekoniecznie pojeździć. Odwiedź Veguetę, zapukaj do napa.cc, przejdź się promenadą.
Nierowerowo polecę także wizytę w Poema del Mar. Zrobiło na mnie duże wrażenie. Tym bardziej, że gdy już myślałem, iż wycieczka dobiegła końca to ona dopiero zaczęła wyciągać meduzy z rękawa.
O ile na Teneryfie można było poza głównymi trasami wyhaczyć sporo ekstremalnych podjazdów, odcinków testowych (czyli też srogich podjazdów) czy też na przykład podjazdów, o tyle na Gran Canarii kryją się one bardziej w jej gravelowej części, którą chciałbym trochę eksplorować następnym razem. W teren można ruszyć już z samego dołu choćby w wąwóz prowadzący do Fatagi. Bardzo dużo MTB i graveli startuje z parkingu w Maspalomas przy drodze prowadzącej do Ayagaures – tuż przy Centro de Salud na początku drogi GC503.
Z nie wspominanych nigdzie traktów poleciłbym zjazd (pięknie się leci) z Las Vegas (obok Valsequillo) do Lomo Magullo drogą GC132.
Da się tam już odczuć wpływy północy, jest magicznie zielono.
Jeśli pojedziesz przez Temisas, warto zjechać do miasteczka i dojechać do cmentarza. Ważne, by był do dzień z widocznością, gdyż to o widoki tam chodzi.
Jadąc drogą GC551 (łaczy Aguimes i El Cardon) zobaczysz w pewnym momencie serpentyny pnące się ku górze do Camping Temisas.
Jeśli lubisz podjazdy warto wskoczyć i dojechać do samego końca asfaltu. Wraca się tą samą drogą.
Na drodze łączącej Ayacatę z San Bartolome jest także skręt na Presa de Chira. To taki hidden gem, którego nie polecam.
Widoków praktycznie brak, ale za to asfalt tragiczny. W mojej ocenie szkoda czasu. ale...
...ale trochę nad San Bartolome, w Agua Latente jest skręt z GC60 na GC654. Asfalt także nie jest tu spektakularny, ale pętelka do Rosiany jest całkiem malownicza, omija kawałek GC60 łącząc się z nią przed Santa Lucią. Polecam jednak jechać od Rosiany do San Bartolome, czyli w górę, a zjechać GC60.
Jeśli z GC65 (Santa Lucia > Vecindario) była już widziana monumentalna La Fortaleza to można się skusić i do niej dojechać. Odbija tam droga GC651.
Miło wspominam odwiedziny w surferskiej miejscówce – Pozo Izquierdo. Ma swój klimat ze swoimi starymi domami przy plaży, przejściami pomiędzy nimi i surferami widzianymi przez te przesmyki. Tam też często dokręcaliśmy "pętelkę po płaskim" przed powrotem do Arinagi.
Jadąc GC500 skręciłem tuż przed zachodem słońca do Castillo del Romeral. Nad wyraz lokalne, bezturystyczne i spokojne miejsce. Miało dla mnie iście kubański vibe w trybie mute. Chciałem być tam tylko chwilę, zostałem na blisko godzinę kręcąc się po uliczkach znacznie zaniżając przy tym średnią prędkość dnia.
Fajne chwile spędziłem także w El Burrero gapiąc się na lądujące samoloty czy krążąc po pobliskim Carrizal.
To już jednak totalny slow i odkrywanie miejsc na miesiąc po przybyciu.
To będzie krótki akapit. Strava albo Komoot w pełni wystarczy.
Zapraszam także na instagram @adam_jedrysik – pisz śmiało. Pomogę, a nawet podeślę odpowiednie gpx.
Poza tym nawet Google Maps ogarnie jeśli mowa o głównych traktach. Tu nie ma sieci ulic. Nie za bardzo da się zgubić. Jedziesz główną drogą do danego miejsca i potem skręcasz na kolejny punkt. Go with the flow.
Ten akapit może się wydawać zbędny, ale jeśli nie znasz specyfiki wyspy – przeczytaj.
Sklepów jest mało. Czynne są różnie. Podobnie jak restauracje. To hiszpa, zatem pojęcie siesty nie jest obce, a nawet odczuwalne.
O ile lecisz standardowymi trasami to raczej trafisz sklep w zasięgu 1 godziny. Ale pić trzeba, a dotankować bidon warto zawsze gdy nadarza się opcja. Im dalej w wąwóz/w górę tym miasteczek i sklepików mniej. Np. jadąc na Pico ostatnimi w miarę pewnymi miejscami są Ayacata czy Cazadores. Potem już tylko las.
Co pić? Uważam, że elektrolity powinny się znaleźć w bidonie. Warto także wrzucić jakieś węgle. Osobiście używam 4Endurance 2:1 oraz zabieram ze sobą zawsze kilka tabletek rozpuszczalnych, by dorzucić w trasie. W sklepie woda i kokakol/fanta. Czasem kawa. Zresztą, wiesz jak to się robi skoro chcesz jechać z rowerem na kanary.
Co jeść? Ja jestem team "przynajmniej 60g węgli na godzinę". To pomaga tak w jeździe jak i regeneracji. Oczywiście można się rzucić na 100km z jednym żelem i wodą, ale jest prawie pewne, że trasę zweryfikuje bomba spettacolare, a drugi dzień będzie raczej z tych takich sobie. Nie warto tracić czasu. Zabieram zatem kilka batonów, kilka żeli i w trasie wjeżdża soczek z mango, jakiś owoc, ciacho czy wspomniany kokakol. Moment, w którym zaczynasz odczuwać głód, wskazuje, że jest już za późno, clock is ticking. Jedziesz? Jedz!
A niekoniecznie rowerowo i lokalnie? Jak to na kanarach – zimnioki i papryki. Z sosami. Dobre.
Na większości tras wystarczy zestaw podstawowy – bibsy i koszulka dopalone dobrą przeciwwietrzną kamizelką i rękawkami, które aplikujemy gdy droga zacznie opadać. Deal is done.
Czy będę tu polecać jakieś konkretne rozwiązania? Nie muszę, ale mogę.
Kamizelkowo uwielbiam AMcycling – za rozmiar i wiatronieprzepuszczalność. Do tego mają opcję fajnych rękawków/bolero, które także może się przydać gdy wjedziemy na Pico, a temperatura spadnie znacząco.
Rękawki w wersji solo są zawsze w kieszonce. Jakiekolwiek. Przeciwietrzne AMcycling biorę tylko wówczas, gdy wiem, że będzie zło, czyli powyżej 1000m, bo tam się ono zazwyczaj czai.
O temperaturze słów kilka, jeśli nie wiesz jak to jest podjeżdżać z plaży na 2000 metrów.
Gdy na dole jest 20 stopni i ludzie się opalają, na szczycie może być przy dobrej pogodzie coś w przedziale 5-10 stopni. Wystarczy jako opis?
Raz startowaliśmy w dół przy około 5 stopniach pijąc gorącą czekoladę przed zjazdem. Gdyby nie rękawiczki miałbym łapy zamarznięte do dziś...albo zjeżdżałbym dłużej niż wjeżdżałem.
Mijałem wielu śmiałków w stroju letnim. Wyglądali na sinych.
Bibsy? Tu dla mnie również rządzi AMcycling, który jest materiałowo bezinwazyjny. Mam także kilka innych, które posiadają wkładkę Elastic Interface. Dobrze mi siedzi. Się.
Aha – SPF nie zapomnij, bo będziesz jeździć w rękawkach nawet po plaży. Kolega mówił.
Jeśli udało Ci się przeczytać ten tekst, to jest szansa, że się spodobało — zostaw po sobie jakiś komentarzowy ślad, będzie mi bardzo miło.
W razie pytań — pisz śmiało. Nie ma w zasadzie tygodnia żebym nie dostał jakiejś wiadomości o kanaryjskim wydźwięku także wpadaj na instagram @adam_jedrysik
Jeśli planujesz zimowy pobyt na kanarach, albo właśnie powstał taki plan w głowie to tym bardziej pisz.
Polecimy fajną traskę, porobimy foty, opowiem ze dwa suchary.
Te rzeczy. Ciao!

zostaw ślad po sobie!